Krzysztof Wirpsza - "Babcie" jako święta kakofonia

W cyklu „To żyje!” próbowałem opisać moment, w którym grupa przestaje przypominać dobrze zarządzaną fabrykę, a zaczyna zachowywać się jak żywy organizm. Wszystko zaczęło się od jednego okrzyku.

„CHCĘ TEGO!”

Nie był to jeszcze wielki program życiowy. Raczej młodzieńczy przebłysk czegoś, co na chwilę przebiło się przez warstwę społecznych oczekiwań. Wtedy nie rozumiałem jeszcze, czym właściwie jest ten impuls. Wiedziałem tylko, że kiedy ktoś naprawdę wypowiada się własnym głosem, dzieje się dziwna rzecz. Inni również zaczynają zadawać sobie pytanie, czego naprawdę chcą.

Żywiołowa ekspresja jako wieloletnie dojrzewanie

Od tamtych wydarzeń minęło już prawie dwie dekady. Gdyby tamto odkrycie okazało się jedynie ciekawostką, zapewne nigdy nie wracałbym do niego po tylu latach. Stało się jednak inaczej. Z biegiem lat ten sam mechanizm zaczął mi się ujawniać w coraz to nowych sytuacjach. Za każdym razem wyraźniej, dojrzalej, z większą siłą. To, co wtedy wydawało się jednorazowym przebłyskiem, okazało się początkiem długiej drogi.

 Istnieje jednak pewien obraz, który w lapidarny sposób oddaje istotę tego wieloletniego dojrzewania. Jest nim  film „Babcie" Stephena Chbosky'ego (Netflix, 2025).

Kiedy go obejrzałem miałem wrażenie, że patrzę na dojrzałą postać tej samej żywiołowej ekspresji, której pierwszy przebłysk opisałem w cyklu „To żyje!”.

I pomyślałem, że to już nie jest historia o pojedynczym błysku.

To opowieść o człowieku, który poszedł za nim do końca.


"Babcie" - film o pewnej decyzji (uwaga, spoilery)

Na początku wszystko wygląda absurdalnie.

Mężczyzna po śmierci matki kupuje włoską restaurację. Nie dlatego, że ma wielkie marzenia. I nie przez talent do gotowania, który „aż prosi się o docenienie”.

Po prostu dochodzi do miejsca, w którym nie potrafi już żyć tak jak dotąd.

Chce coś zmienić.

I czuje, że to jest to.

Jest taki moment w życiu, kiedy człowiek stawia wszystko na jedną kartę. Nie chodzi o to, że jest „dojrzały”, „odważny”, ma „silna wolę”, „wyobraźnię” czy „życiowe doświadczenie".

Chodzi, że wszystkie inne możliwości przestały działać.

Od środka wybrzmiewa spokojne zdanie:

„Chcę.”

Nie krzyk.

Nie manifest.

Nie slogan motywacyjny.

Po prostu głos, który po raz pierwszy się nie targuje.

Mówi jak jest.

"Babcie" - film o współbrzmieniu różnic (uwaga spoilery)

To oczywiście dopiero początek.

Prawdziwa ekspresja zaczyna się wtedy, kiedy ten jego własny głos tworzy przestrzeń, w której mogą zaistnieć inni ludzie.

Kupno restauracji nie jest celem.

Jest osią.

Słupem wbitym w ziemię.

Od tego momentu wszystko zaczyna się wokół tego organizować.

W filmie widać to niemal natychmiast. Najpierw pojawia się jedna z babć. Potem kolejna. Następna. Każda przynosi własne przepisy, nawyki, własny sposób krojenia cebuli, własny temperament. Nikt nie próbuje ich ujednolicić. Zmienić. Przeszkolić we współpracy. Nauczyć zasad funkcjonowania firmy. Właściciel restauracji WIE, że każda z babć jest w tym co robi absolutnym mistrzem. Wywierać nacisk na mistrza? To nierozsądne. Lepiej po prostu pozwolić mistrzowi być mistrzem.

Mamy, to co mamy - proszę.

Teraz - co dalej?

W „To żyje!” opisywałem, jak indywidualne „Chcę!” zderza się z rzeczywistością.

Nazwę to dziś inaczej.

Zderza się z kakofonią.

W kuchni co chwilę ktoś mówi jednocześnie z kimś innym. Jedna babcia poprawia drugą. Ktoś się obraża. Ktoś żartuje. Ktoś dorzuca garść sera, choć przepis mówi co innego. Gdyby spojrzeć na to z boku, można odnieść wrażenie kompletnego bałaganu. A jednak z tego hałasu nie rodzi się chaos. Rodzi się rytm.

Pojawiają się ludzie.

Każdy przynosi własną historię.

Własne przyzwyczajenia.

Temperament.

Lęki.

Poczucie humoru.

Upór.

Nagle okazuje się, że nikt już nie realizuje swojego projektu.

Każdy realizuje swój.

I właśnie dlatego zaczyna powstawać coś wspólnego.

To brzmi jak paradoks.

A jednak chyba większość najpiękniejszych rzeczy w życiu rodzi się właśnie w ten sposób.

Nie z jednomyślności.

Z współbrzmienia.

"Babcie" - film o restauracji z charakterem (uwaga spoiler)

Restauracja z filmu jest pod tym względem niezwykła.

Formalnie gotuje się tam makaron.

W rzeczywistości gotuje się coś zupełnie innego.

Starsze kobiety zaczynają wnosić do tego miejsca własny charakter.

Jedna jest gwałtowna.

Druga ciepła.

Trzecia złośliwa.

Czwarta uparta.

Każda gotuje w trochę innym stylu.

Każda pamięta inny dom.

Każda kocha inaczej.

Z punktu widzenia procedur to katastrofa.

Z punktu widzenia życia — dokładnie odwrotnie.

To właśnie dlatego ludzie wracają.

Jest scena, w której restauracja przestaje przypominać lokal gastronomiczny. Zaczyna wyglądać jak przyjęcie w prywatnych wnętrzach. Ludzie rozmawiają między stolikami. Babcie wychodzą z kuchni. Goście przestają być anonimowymi klientami. Nagle okazuje się, że jedzenie było tylko pretekstem.

Coraz bardziej przekonuję się, że życie nie lubi sterylności.

Ono ceni wielokierunkowość.

Ono faworyzuje  miejsca, w których człowiek ma odwagę przestać wszystkiego pilnować.

Nie oznacza to bylejakości.

Przeciwnie.

Każdy robi wszystko najlepiej, jak potrafi.

Różnica polega na tym, że oprócz swojego (głośnego i wyraźnego) "Chcę!", zaczyna doceniać też "Chcę!" innych osób.

W pewnym sensie restauracja odnosi sukces dokładnie dlatego, że nikt nie próbuje zrobić z tego chińskiej korporacji. Każdy pozostaje sobą. 

To jest właśnie ta najciekawsza część.

Miejsce spotkania

Kiedyś wydawało mi się, że własny głos polega na znalezieniu czegoś niezwykłego w sobie.

Teraz mam wrażenie, że jest dokładnie odwrotnie.

Własny głos to decyzja, która tworzy miejsce.

To wypowiedzenie prostego zdania:

„Ja w to wchodzę.”

Nie dlatego, że wszystko jest pewne.

Właśnie dlatego, że nie jest.

Od tej chwili rzeczywistość zaczyna odpowiadać.

Nie cudem.

Ludźmi.

Ich obecnością.

Ich sprzeciwem.

Ich zachwytem.

Ich pomysłami.

Ich uporem.

Ich humorem.

Ich miłością.

Wszystkim naraz.

Aby życie mogło wejść

Być może właśnie dlatego tak bardzo poruszył mnie ten film. Nie opowiada o gotowaniu. Pokazuje coś, co próbowałem nazwać już wcześniej. Wtedy we Włoszech (patrz tekst "To żyje!") oglądałem pierwszy błysk. Tutaj zobaczyłem dojrzałą postać, że tak powiem. Żywiołowa ekspresja nie jest chwilowym wybuchem. Jest sposobem, w jaki życie organizuje się wokół człowieka, który odważył się powiedzieć: „Ja w to wchodzę” - mimo oporu.

Myślę dzisiaj, że tamto odkrycie opisane w „To żyje!” było dopiero początkiem.

Młodzieńczym przebłyskiem.

Pierwszym poruszeniem dłoni potwora doktora Frankensteina.

Pierwszym oddechem Galatei.

Film „Babcie” pokazuje coś jeszcze.

Pokazuje, co dzieje się później.

Jak wygląda życie, kiedy nie próbujemy już odzyskać kontroli nad tym, co w nas.... ożyło.

Kiedy pozwalamy temu mówić własnym głosem.

Kiedy witamy w tym inne glosy - bez sprzeciwu (choć z zachowaniem własnych granic).

Jeśli się z czymś nie zgadzamy - oddech. Można to wyjaśnić. Można przemilczeć. Można po prostu z oddaniem ROBIĆ SWOJE. Człowiek odkrywa, że jego najważniejsza decyzja wcale nie polegała na pogodzeniu wszystkich punktów widzenia. 

Polegała na stworzeniu jarmarku, na którym to wszystko może wybrzmieć.


Krzysztof Wirpsza

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Krzysztof Wirpsza — „To żyje!” jako młodość z przytupem

Krzysztof Wirpsza - „To żyje!” jako przełamywanie barier

Krzysztof Wirpsza - Everyman, albo problem z wyobraźnią