Krzysztof Wirpsza — „To żyje!” jako młodość z przytupem
Nazywam się Krzysztof Wirpsza. To, co tutaj piszę, jest częścią projektu warsztatów „Laboratorium Wyobraźni” jaki stworzyłem. Projekt kieruję do młodzieży, pod hasłem: żywiołowa ekspresja - obudź inicjatywę.
Odnoszę się w nim do idei żywiołowej ekspresji, czyli zdolności przekładania tego, co naprawdę nas porusza, na działanie — w warunkach niepewności i chaosu.
W tekście (w sumie czteroodcinkowym) ilustruję istotę żywiołowej ekspresji na przykładzie pewnej mojej historii z młodości.
Zapraszam na pierwszą część - wprowadzenie w temat.
O młodości z przytupem
Zaczęło się tak. Lata temu przyjechałem do Włoch na projekt teatralny dla instruktorów młodzieży z różnych krajów Europy. Obóz organizowała International Synergy Group — sieć ludzi i organizacji młodzieżowych, zajmujących się edukacją pozaformalną i rozwojem przez doświadczenie.
My, uczestnicy, sami byliśmy wtedy młodzieżą. Taką trochę starszą – młodymi dorosłymi. No, ale wciąż młodzieżą. I, jak to z młodzieżą bywa, życie "wylewało się nam drzwiami i oknami".
Ruch, aktywizacja, taniec, interakcja, zamieszanie. Sport dla sportu. Trzeba coś organizować, coś wymyślać, gdzieś jechać, z kimś rozmawiać, czymś być.
O starości z szacunkiem
A teraz, dla odmiany, o starości.Pierwsza rzecz, którą z tego pamiętam, to specyficzne wrażenie, mieszanina obrazów, zapachów, faktur i dźwięków, tworzących tamten włoski - świat. Ich podsumowującym wątkiem jest rozpad.
Idę sobie drogą przez pagórkowatą krainę. Wokół wszystko... stare. Stare w sposób, w jaki stare bywa dobre wino, ser albo wolnodojrzewająca szynka. Stare jak korzenie drzewa powoli wgryzające się w mur.
Stare kamienne domy, przechylone płoty, wijące się drogi i kościółki na rozstajach dróg. Na brukowanych placykach przechylone ze starości fontanny i wrośnięte w ziemię kamienne studnie. Kolorowe pranie suszy się na sznurkach jakby to była inna epoka, a spod odpadającego tynku wyzierają ślady Etrusków.
Jest środek lata.
Cały ten "spatynowany" krajobraz pozostaje nagrzany do granic możliwości.
Skąpane w słońcu rzeczy robią wrażenie zgarbionych, „zużytych”, jak pielgrzym kucający w kurzu.
I przez to właśnie – mogą być tak piekielnie malownicze.
Piękna brzydota
Mieszkamy w trzystuletniej szkole, która ma w sobie coś ze "szlachetnej ruinacji".Szerokie korytarze z linoleum tłumiącym echo kroków, wysokie pomalowane na olejno okna, z wielkimi parapetami, na których bimbały nogą pokolenia wychowanków. Ciężkie kaloryfery pamiętające czasy, kiedy uczono tu jeszcze łaciny. A do tego zapach. Wilgotnych murów, potu, rozgrzanej od słońca blachy, środków do mycia podłóg, papierosów i oleandru.
Do dziś wryła mi się w pamięć wymęczona szmatka na zmywaku w kuchni. Przypuszczam, że była kiedyś kawałkiem gazy aptekarskiej do filtrowania domowych win. Ale to było dawno. Dziś, wygląda jak coś znalezionego w ściekach lub na wysypisku. A jednocześnie - wciąż potrafi wytworzyć to nieuchwytne wrażenie "przedmiotu z klasą".
W Polsce zapewne kojarzyłaby się z oczywistym zaniedbaniem. Brudem. Brakiem higieny. I naturalnie budziłaby obrzydzenie, nawet - gniew. Ale tu są inne zasady. We Włoszech ogólnie temat „pięknej brzydoty” to jest materiał na osobny esej. W tej estetyce rozpad to część uroku, nie problem do rozwiązania.
Wszystko butwieje, ale przez to właśnie dojrzewa, powoli nabierając smaku.
Młoda krew, w starych murach
No, to teraz wyobraźcie sobie. Do tej scenerii wrzuca się kilkudziesięciu młodych dorosłych z różnych stron Europy.Rozedrgani.
Rozpędzeni jak kolejka elektryczna z ADHD.
I, co najważniejsze, bez zielonego pojęcia kim są.
Przez korytarze szkoły przetacza się nieustanny gwar i tumult. Francuski, niemiecki, rumuński, hiszpański, serbski, czeski. Ostatecznie przechodzimy na „międzynarodowy angielski” - czyli czasowniki w bezokoliczniku, improwizacja, kawa i śmiech.
Młoda krew pieni się i burzy. Ktoś półleży na schodach z gitarą. Ktoś pali papierosa na ławce. Ktoś pyka na Facebooku, próbując dodać do znajomych pół kontynentu. Ktoś z zapałem opowiada o swoim kraju, swojej dziewczynie, swoim wielkim planie na sukces.
Dzisiaj myślę, że oficjalnie przyjechaliśmy tam aby tworzyć teatr. A w praktyce każdy przyjechał po coś trochę innego.
Jedni szukają przygody. Inni znajomości. Jeszcze inni chcą sprawdzić siebie. Ktoś marzy o podróżach. Ktoś o miłości. Ktoś chce nauczyć się wystąpień publicznych. Ktoś - po prostu na chwilę wyrwać się z rodzinnego domu.
Wszystkich nas nosi.
Patrząc z perspektywy czasu, najbardziej uderza mnie właśnie to.
Ilość energii.
Ilość fałszywej pewności, że coś wiemy, podczas gdy tak naprawdę nie wiemy jeszcze nic.
Teoretycy
Prawie każdy przyjechał tu z jakąś teorią życia.Często jest to zaledwie przeczucie lub zestaw intuicji poskładanych z książek, rozmów i własnego charakteru. Nie ma większego znaczenia, co to jest. Ważne, że jest. To twoja „podpora” na trudny okres nie do końca uformowanej tożsamości.
Oczywiście płacisz cenę. Wieczne porównywanie się z innymi. Nie tyle pod względem pozycji, co racji. Kto lepiej rozumie świat. Kto znalazł lepszy sposób. Kto wcześniej odkrył to, co należało. Kto jest "dojrzalszy".
Mnóstwo zgrzytu.
Człowiek widzi fragment i bierze go za całość. Rozmawia z kimś przez godzinę i wydaje mu się, że już go zna. A potem życie wystawia rachunek. Okazuje się, że nieee, błąd, od nowa.
Wszystko na zmianę dziwi, szokuje, zbija z tropu, wkurza i wpędza w zachwyt.
Relacja jako cel
W tym gwarze, w tym tumulcie, jest jeszcze jedna rzecz.Obsesja relacji.
Jeżeli młodość ma jakąś religię, to prawdopodobnie jest nią właśnie poznawanie ludzi. Nieustanne szukanie nowych znajomości, dążenie do nowych rozmów, nowych doświadczeń, nowych punktów odniesienia.
Nie zawsze chodzi o miłość czy seks. Często sednem jest po prostu poczucie, że życie znajduje się gdzieś dalej, poza miejscem, w którym aktualnie siedzisz. W głowie niemal zawsze istnieje jeszcze ten jeden nieznajomy (nieznajoma), którego się nie spotkało, a który wszystko za chwilę wyjaśni. Odpowiedź bywa ukryta w kolejnej wspólnej kawie, kolejnej podróży autostopem i kolejnym spotkaniu "fantastycznych ludzi" na dworcu.
Szukaliśmy opowieści. Szukaliśmy demonstracji siły charakteru. Szukaliśmy tych bardziej odważnych, bardziej doświadczonych, bardziej interesujących i bardziej szalonych niż my. Każde nowe spotkanie wydawało się fragmentem układanki, która miała wreszcie wyjaśnić, kim jesteśmy i jak mamy zaplanować sobie nadchodzące lata.
Pierwotna mieszanina
Patrząc dzisiaj na tamten obóz, myślę, że właśnie tak wygląda życie w swojej najbardziej pierwotnej postaci. Pełne ruchu, zachwytu, pomyłek. I ryzyka. Życie, które nie zna odpowiedzi, ale ma za to ogromną ochotę zadawać pytania. A zatem, kłębi się, rozrasta, szuka ludzi, miejsc i doświadczeń. Nie bardzo wie dokąd iść, ma za to nieodparte przeczucie, że dokądś dojdzie.I może właśnie dlatego wydaje się wszystkim tak smakowite.
cdn
Krzysztof Wirpsza
Artykuł ukazał się też na Linked In: https://www.linkedin.com/pulse/%C5%BCyje-albo-o-m%C5%82odo%C5%9Bci-z-przytupem-krzysztof-wirpsza-pcwuf/?trackingId=DIOrpkp28s5vt8vbwPqm3A%3D%3D
OdpowiedzUsuń