Krzysztof Wirpsza -"To żyje!" jako własny głos
W poprzednim odcinku opisałem sposób pracy organizatorów obozu teatralnego w jakim brałem udział w młodości. Uznali oni, że skoro młodość cierpi na nadmiar chaosu, warto przeciwstawić jej dyscyplinę, determinację i siłę woli. Pojawiły się zadania, terminy i presja, a także nieustanne przekraczanie własnych ograniczeń.
Efekty wydawały się imponujące.
Robiliśmy rzeczy, których normalnie nigdy byśmy nie zrobili.
Wykazywaliśmy się odwagą - sprytem - i determinacją.
Coraz bardziej jednak przypominaliśmy przy tym cienie.
Coraz mniej było człowieka – w człowieku.
Własny głos
Sam postulat przełamywania barier siłą woli brzmi oczywiście bardzo apetycznie. Trudno, żeby nie. Człowiek zdobywa niemożliwe. Zadziwia sam siebie. Wchodzi na Mount Everest i jest dumny.
Sęk w tym, że taka pracowita wizja ma swoją cenę.
Nie mówię o relacjach. I nie mówię o zdrowiu. To osobne tematy.
Mówię o tym, co jest twoje (a co nie).
Inaczej: o twoim własnym głosie.
Czy takie przekraczanie siebie rzeczywiście daje ci radość?
Bo jeżeli z początkowych deklaracjach o "pasji" i "szczęściu" zostaje ci tylko praca, to chyba coś jest nie tak?
Ojciec
Mój Ojciec mniej więcej do pięćdziesiątki tworzył kolaże z pestek, muszli i wyrzuconych przez morze kamyków. Miał w gabinecie całą szafę słoiczków, słojów i puszek wypełnionych takimi trofeami. Zbierał je podczas turystycznych wycieczek „z plecakiem”. Fotografował każdy korzeń, słupek i wydmę, każde drzewo, chałupę czy ciekawie wyglądającą twarz. Gadał z miejscowymi, spisywał ludzkie historie. A co ciekawego udało mu się znaleźć w terenie, zabierał ze sobą jako „skarb”.
No, a potem, stopniowo stracił to. Praca pochłonęła go i "zeżarła". Spędził drugą część życia pod stosami papierów w trzech gabinetach, Warszawa-Radom-Ostrołęka, skąd dowodził kilkoma zespołami naukowców. Możnaby powiedzieć "czapki z głów".
A jednak - nie do końca.
Wraz ze słoiczkami muszelek, obrazami wyklejanymi z pestek, i żyłką podróżnika-reportera - stracił radość. Odciął się od świata i ludzi i zastygł przy komputerze. Ostatecznie zmarniał - i pochorował się.
Postawił wszystko na to aby "zrealizować swoje wizje" i "zostawić ślad". I ostatecznie, nie zrealizował ich.
Umarł za życia.
Emre wściekły
Właśnie próbowałem się przez chwilę przespać, kiedy do pokoju wpadł Emre, wściekły jak horda sułtana Murada. Rzucił się na wznak na swoje łóżko, a potem poderwał na równe nogi i z całej siły kopnął w ścianę. Następnie zaczął miotać się między otwartym oknem, łazienką, a szafą, krzycząc coś przez cały czas swoją łamaną angielszczyzną z silnym tureckim akcentem.
Zrozumiałem, że jest niezadowolony z dotychczasowej pracy grupy nad przedstawieniem. Zresztą, to delikatnie powiedziane. Był kompletnie rozczarowany.
Przyjechał tu stworzyć spektakl. Tymczasem co się okazuje? Grupa niczego nie tworzy. Grupa po prostu "wyrabia normę".
Nikt w grupie nie ma swojego pomysłu. Każdy patrzy na najgłośniejszych. Tych ekstrawertycznych, którym się buzia nie zamyka - to oni są źródłem sensu. Gdybyż to jednak miało jakiś sens, te ich wypociny. Emre jest wprost przekonany, że nie ma. Wydają się "mocni w gębie", natomiast faktyczna treść ich "pomysłów" to dno!
Sytuacja jest taka, że nikt nie ma odwagi ryzykować konfrontacji.
A zatem - maszynka "miele".
Aż miło.
Jest w cholerę roboty, nad czymś, co nikogo nie obchodzi.
Udajemy zainteresowanie - trupem!
Narada w ogrodzie
Im dłużej go słucham, tym bardziej mam wrażenie, że nie mówi niczego nowego. Dokładnie to samo od dwóch dni chodzi mi po głowie.
Jest noc. Postanawiamy wyjść do ogrodu.
Prowadzi tam ścieżka niemal całkowicie zarośnięta przez krzaki jaśminu. Przedzieramy się przez nie, czując jak gałęzie smagają nas po policzkach
W altanie nad ławką wisi świetlówka wokół której tłuką się setki muszek. Świeci księżyc w pełni, cykają świerszcze, z oddali dobiega hukanie sowy i głuche poszczekiwanie psów.
Siadamy.
Słowo do słowa zaczynamy składać nasze spostrzeżenia w całość.
Co w nas żyje i domaga się głosu? Co zostało przygniecione i zagłuszone przez kierat obozowych ideałów?
Wkrótce mamy gotową koncepcję, dwie niezależne solo opowieści taneczne, jakie chcemy wpleść w tkankę przedstawienia.
Moja o człowieku znikąd, który przybywa na opustoszałą stację kolejową w płaszczu i kapeluszu, z walizką pełną marzeń.
Emre o człowieku w klatce zbudowanej przez innych ludzi. Klatka nie ma ścian. Nie ma krat. Składa się wyłącznie z cudzych oczekiwań.
Szczerze mówiąc, nie pamiętam już wszystkich szczegółów.
Pamiętam natomiast ważniejszego.
Po raz pierwszy rozmawiamy o czymś, co nas naprawdę obchodzi.
I to jest różnica.
Konfrontacja z grupą
Grupę odnajdujemy w szatni.
Siedzą na ławkach ustawionych wzdłuż wąskiego przejścia między rzędami metalowych boksów. Nad ich głowami świecą zmęczone świetlówki. W powietrzu unosi się zapach wilgoci i stęchlizny ciągnący od męskich pryszniców.
Mówimy grupie o naszych postanowieniach.
Kołczing-srołczing.
Nie będziemy szarpać się w imię ideałów.
Chcemy robić coś, co nas osobiście obchodzi.
Dlatego proponujemy dwa dodatkowe wątki, które chcemy włączyć do przedstawienia.
Zapada cisza.
Nie dlatego, że ktoś jest oburzony.
Raczej dlatego, że nikt się tego nie spodziewał.
Najbardziej niezadowoleni wydają się ci, którzy do tej pory nadawali ton całemu przedsięwzięciu. Mieli już swój plan. Wszystko zmierzało w określonym kierunku. A teraz nagle okazuje się, że ten kierunek przestaje być oczywisty.
Pada kilka pytań.
Westchnień.
Spojrzeń mówiących: „naprawdę musimy ?”.
No, chyba tak.
Jesteśmy w końcu częścią tej samej grupy.
Po kilkunastu minutach zaczyna się więc coś zupełnie nowego.
Nie zgoda.
Nie entuzjazm.
Ferment.
Ludzie zaczynają przesuwać sceny, dopasowywać przejścia, wymyślać połączenia. Ktoś nagle wpada na nowy ruch. Ktoś inny proponuje zmianę muzyki. Jeszcze ktoś następny dodaje szczegół, którego wcześniej nikt nie zauważył.
I po raz pierwszy od wielu dni mam wrażenie, że zamiast wykonywać projekt, zaczynamy go tworzyć.
Coś się jednak ruszyło...
Nie był to ani hałas młodości, ani męcząca odpowiedzialność wieku dojrzałego.
Wyłaniała się jakaś trzecia jakość.
Coś, co bardzo trudno zbadać, zmierzyć czy zaszufladkować w wielkiej księdze ludzkich zachowań.
Mam wrażenie, że ten korzystny ferment brał się z potrącenia w człowieku struny o nazwie „moje”.
A kiedy struna zostaje potrącona w jednym człowieku, wpływa nie tylko na niego.
To trochę tak, jakby kamertony wokół zaczynały stroić się od pojedynczego czystego tonu, który nagle pojawił się w ciszy.
Jedna wyraźna nuta „ja chcę”.
I nagle cała mieszanina zaczyna bulgotać.
cdn
Krzysztof Wirpsza
Komentarze
Prześlij komentarz