Krzysztof Wirpsza - "To żyje!" jako doskonała niedoskonałość


W poprzednim odcinku, Emre wpada do pokoju wściekły i oznajmia mi, że grupa produkuje barachło.

Nie musi mnie do tego przekonywać.

Od dwóch dni myślę dokładnie tak samo.

Jeszcze tej samej nocy odkrywamy coś ciekawego.

Czasami wystarczy jeden człowiek, który odważy się wrzasnąć „CHCĘ TEGO!”, aby wszyscy zaczęli, „na załamanie karku”, zastanawiać się, czego ONI chcą naprawdę.

Frankenstein

W 1818 roku młoda Mary Shelley publikuje powieść „Frankenstein”. Większość ludzi pamięta jednak nie powieść, lecz późniejszy film. To właśnie stamtąd pochodzi słynny okrzyk: „It's alive!” („To żyje!”). Znacie? To posłuchajcie.

Doktor Frankenstein przez długi czas zbiera oddzielne fragmenty ludzkich ciał. Na skutek poznanej przez siebie „zasady życia” jest w stanie sprawić, że te elementy ponownie połączą się w całość, tworząc ożywionego z martwych stwora. Rezultat jest, mówiąc delikatnie, daleki od ideału. Nic tam nie jest eleganckie. Nic harmonijne. Nic nie przypomina dzieła sztuki. A jednak przychodzi moment, kiedy ożywione monstrum porusza dłonią. Potem otwiera oczy. I nagle wszystko przestaje mieć znaczenie.

Liczy się jedno.

To żyje.

Kiedy sytuacja na Twoich oczach „ożywa”, Twoje „CHCĘ!” przestaje być centralne. Staje się częścią kakofonii, która z każdą chwilą szerzej otwiera Ci oczy.

Galatea

Mit o Pigmalionie opowiada podobną historię.

Pigmalion przez długi czas rzeźbi posąg z kości słoniowej. Szlifuje każdy szczegół. Dopracowuje każdą linię. W końcu staje przed posągiem, który wydaje mu się doskonały.

I wtedy dzieje się coś nieoczekiwanego.

Galatea ożywa.

Od tej chwili nie jest już rzeźbą. Nie można jej już przestawić. Nie można niczego poprawić. Nie można mieć pewności, że za chwilę zrobi to, czego oczekuje jej twórca. Może się uśmiechnąć. Może zapłakać. Może zejść z marmurowego piedestału i pielić trawnik. Może odejść.

Jako posąg dawała się kontrolować. To miało swój sens. Nikt nie zaprzeczy, że rzeźby mogą wyglądać dumnie, na przykład w muzeum.

Ale teraz, kiedy nikt już nie mówi jej, jaka ma być – dzieje się coś naprawdę fascynującego.

Robi, co chce.

Laboratorium rusza

Całe odkrycie polega na tym, że między „Chcę!” a „Osiągam dokładnie to, co chcę” istnieje ocean różnicy. Można sobie „chcieć”, proszę bardzo. Można nawet odważnie o tym powiedzieć, opisać. Natomiast prawda jest taka, że świat i tak zagra inaczej, niż człowiek sobie wymyślił.

Nasze chęci skrzyżują się z chęciami innych. Powstanie zamieszanie. W nim nowe odkrycia. Narodzi się dynamika. Zapłonie irytacja. Wyłoni się niewiadoma.

Przez wszystko przebiegnie dreszcz.

Będzie INACZEJ.

Kilka godzin później siedzimy już w Ratuszu. Od rana trwają próby generalne. Wszyscy gorączkowo próbują zapamiętać kolejność scen. Biegają po schodach z kostiumami, malują się, trzaskają drzwiami toalet, ucinają ostatnie pogawędki. Jakiś kolo przegląda torbę pełną płyt, dwie kobiety poprawiają światła na rampie. Za oknami zachodzi słońce. Jest duszno.

Na dziedzińcu zaczynają pojawiać się pierwsi widzowie.

Sala stopniowo się zapełnia. Zaczynamy. Mam wrażenie, jakby uruchomił się w nas jakiś atawistyczny mechanizm. Moje i Emrego „Chcę!” zdecydowanie odpaliło motor – no, ale i na tym nie koniec, bo sytuacja ewoluuje. Widać, że grupa od wczoraj zmieniła się, jakby coś w nią wstąpiło. Ludzie nabrali bezczelności, osobistego temperamentu, werwy. Nie przejmują się już tak bardzo. Uśmiechają się krzywo. Wiedzą swoje.

Wskrzeszenie

Trwa przedstawienie.

Sceny zmieniają się zgodnie z planem, a jednak... pomiędzy nimi pojawia się coś... Jakiś błysk. Pazur. Jakby drżenie. Zamiast pilnować spójności, ludzie zaczynają się po prostu dobrze bawić. Masz wrażenie, że cały ten osobliwy, posklejany z temperamentów i narodowości TEATR po raz pierwszy od początku porusza się jak duch w maszynie.

Jest eksperymentem – improwizacją.

Jednocześnie słabo zagranym dramatem – i opowieścią ku pokrzepieniu serc.

Następnego dnia prowadzący poświęcają naszemu przedstawieniu dodatkową sesję. Spośród wszystkich grup wybierają właśnie naszą jako przykład. Ku mojemu zaskoczeniu, nie koncentrują się szczególnie na jakości wykonania. Nie interesuje ich taniec. Mówią o czymś zupełnie innym. O napięciu. O tym, że na scenie cały czas coś się działo. Widz nie miał poczucia oglądania gotowego produktu, za to uczestniczył w procesie, w którym kolejne sceny wynikały z siebie, a aktorzy reagowali na sytuacje zamiast jedynie odgrywać wcześniej przygotowane role.

Krótko mówiąc, dowiadujemy się, że przedstawienie miało charakter.

Oczywiście, wiemy to już. Czujemy to w kościach, trudno, żeby nie.

No, ale miło posłuchać.

Dociera do mnie jedno: kiedy człowiek wnosi do wspólnej pracy swój indywidualny sztych, pojawia się napięcie. Pojawiają się różnice. Pojawiają się tarcia. Czasem nawet bałagan. Ale to wszystko niekoniecznie jest złe.

To wszystko służy czemuś. Służy rozmontowaniu skostniałych struktur. Stworzeniu przestrzeni na prawdziwy, żywy akt, który pozwala ludziom wyrazić swój ogień. W tym sensie zderzenie marzeń z rzeczywistością jest dobre. Bo okazuje się, że samo marzenie nie wystarcza. Potrzeba, aby życie wtargnęło z pasją i zrobiło BUM.

Żywiołowa ekspresja

Patrząc dzisiaj na tamto doświadczenie, mam wrażenie, że przez długi czas źle rozumiałem, czym właściwie jest własny głos. Wydawało mi się, że powinien być wyjątkowy, oryginalny. Może nawet genialny. Uważałem, że człowiek najpierw musi odkryć w sobie coś niezwykłego, a dopiero potem może wyjść z tym do innych. Zaśpiewać. Zatańczyć. Opowiedzieć historię.

Tymczasem...

Wtedy odkryłem, że to, co naprawdę porusza ludzi, rzadko rodzi się z doskonałości. Znacznie częściej – z zabawy. Z humoru, z mnóstwa dobrej woli, błyskotliwych spostrzeżeń dokonywanych ad hoc – i chaosu przypadku. A poza tym, wiadomo – z ludzi. Często tych „najzwyklejszych”.

Z tego, jak sytuacja sama, w barwny sposób, rozwija się w wirażach naszych „przywar”.

Może właśnie to bywa przyczyną, dla której tak trudno nam odnaleźć swoją indywidualność. Nie dlatego, że jest ukryta. Tylko przez to, że najczęściej próbujemy szukać jej nie tam, gdzie jest. W idealnej formie końcowej. W posągu.

A tymczasem ona dużo częściej brzmi w zamieszaniu. W biegu. W rozpadzie. W zachwycie i machnięciu ręką. W pocie, kurzu i świetle księżyca. W niedokończonym, nieopisanym. Trochę brzydka. A trochę piękna. Jak Galatea – i potwór doktora Frankensteina.

Porusza nas jedną cechą – jest żywa.

Być może właśnie dlatego potrafi dotrzeć dalej niż nawet najbardziej dopracowane życie.

Krzysztof Wirpsza

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Krzysztof Wirpsza — „To żyje!” jako młodość z przytupem

Krzysztof Wirpsza - „To żyje!” jako przełamywanie barier

Krzysztof Wirpsza - Everyman, albo problem z wyobraźnią