Krzysztof Wirpsza - Everyman, albo problem z wyobraźnią
Słowo „wyobraźnia” ma w polskim języku dziwny status.
Z jednej strony brzmi pozytywnie. Szlachetnie. Artystycznie.
Z drugiej — bardzo często budzi skojarzenia nie do końca praktyczne.
Kiedy słyszymy słowo „wyobraźnia”, wielu z nas myśli o konkretnym typie człowieka.
O artyście.
Pisarzu. Reżyserze. Autorze książek, filmów i spektakli.
Kimś, kto tworzy światy.
I nie ma w tym nic złego. Przeciwnie. Większość z nas lubi kino. Czyta książki. Chodzi do teatru. Chętnie słucha ludzi, którzy potrafią opowiadać historie i tworzyć rzeczy piękne.
Problem polega na czymś innym.
Większość z nas wcale nie planuje zostać kimś takim.
"Pan poeta, pan poeta?"
Coś nie bardzo nam się tęskni za Olimpem. Mamy własne życie. Cokolwiek bardziej, nazwijmy to, realne. Pracę. Dzieci. Rachunki. Zakupy. Terminy. Zmęczenie. Całą logistykę codzienności.
To znaczy teoretycznie tak, oczywiście. Możemy podziwiać. Możemy nawet zazdrościć, bo przecież zazdrościć trzeba. A jednak - w praktyce? Gdzie Rzym, a gdzie Krym? Trzeba zejść na ziemię i zająć się swoim.
To trochę jak spotkanie autorskie w bibliotece.
Przychodzi pisarka. Opowiada o książkach, podróżach, ludziach, których spotkała, miejscach, które odwiedziła. Co sobie codziennie gotuje z włoskiej kuchni. Jakie widoki podziwia w małym miasteczku na końcu świata. Jak podrywa facetów i czuje się s*xy pomimo lat. Wszystko to jest bardzo niesamowite. Wszyscy zachowują się naturalnie, zadają pytania, czasem nawet padnie sakramentalne:
"Jak Pani to robi?"
A jednak przecież w głębi duszy wszyscy wiedzą.
Ona żyje w świecie dla nich nieosiągalnym.
Trudno to sobie nawet, no właśnie - wyobrazić.
Tu dochodzimy do sedna. Słowo „wyobraźnia” często brzmi jak coś odległego - jak artystyczny lajfstajl, domena ludzi kultury. Coś fascynującego, ale niezbyt namacalnego w warunkach przeciętnego odbiorcy.
No, tak szczerze, Nie?
Artyści schodzą do nas z Olimpu ze swoimi książkami, filmami i opowieściami, a potem wracają do światów, których większość z nas i tak nigdy nie doświadczy.
Możemy te światy lubić. Możemy je podziwiać. Możemy nawet marzyć, że pewnego dnia... na chwilę.... zajrzymy tam.
Ale wiemy swoje.
Już bez przesady.
Właśnie dlatego wielu ludzi słysząc hasło „rozwijanie wyobraźni” odruchowo myśli:
„To nie dla mnie”.
No dobrze, ale jest jeszcze druga rzecz.
Słowo „wyobraźnia” ma drugie znaczenie, które nie odnosi się wcale do artysty.
Czy zdarzyło Wam się kiedyś powiedzieć o kimś "człowiek z wyobraźnią"?
Z pewnością.
Zatrzymajmy się tu na chwilę, bo to jest właściwie esencja tego, co chcę napisać.
Kiedy mówimy o kimś w ten sposób, bardzo rzadko mamy na myśli autora powieści, scenariuszy, fotografa, malarza, czy, powiedzmy, reżysera filmowego.
Zwykle chodzi nam o kogoś kto nie jest wcale twórcą dzieła artystycznego - a w każdym razie nie musi nim być.
Kim w takim razie jest?
To ktoś, kto wnosi życie tam, gdzie robi się szaro.
Ktoś, kto potrafi rozruszać rozmowę, rozładować napięcie, połączyć ludzi, zaproponować coś nieoczywistego albo sprawić, że nagle ci się chce.
Ktoś, kto posiada ciekawą i barwną osobowość - która się "udziela".
Większość z nas spotkała kiedyś taką osobę.
Nauczyciela.
Instruktora.
Kwiaciarkę.
Drużynowego.
Księdza.
Albo po prostu kogoś "z ulicy", kto pokazał nam, że świat może być większy i ciekawszy, niż wydawało się wcześniej.
Ja spotkałem w życiu całkiem sporo takich osób.
Zacznijmy od banalnego przykładu.
Mój sąsiad z czwórki.
Nazwijmy go panem Frankiem.
Mieszka piętro niżej.
Jest już na emeryturze.
Większość czasu spędza na działce.
Kiedy go spotykam, niemal zawsze dzieje się to samo.
Najpierw szeroki uśmiech.
Potem mocny uścisk dłoni.
A potem kilka zdań o pogodzie, pomidorach, zdrowiu albo czymś równie zwyczajnym.
Nic szczególnego.
A jednak za każdym razem wychodzę z tej rozmowy w lepszym nastroju.
Pan Franek ma w sobie coś, co trudno dziś znaleźć.
Jakąś staroświecką serdeczność.
Taką, która nie oczekuje niczego w zamian.
Jakby autentycznie cieszył się z faktu, że drugi człowiek tu jest, że istnieje.
Nigdy nie prowadzi to do długich rozmów.
Po prostu na chwilę rozświetla dzień i – każdy w swoją stronę.
Zawsze trochę mnie dziwiło, jak niewiele potrzeba.
Wystarczy, w sumie, sama osobowość.
Nawet słowo „wyobraźnia” wydaje się przereklamowane.
Wystarczy fakt, że życie może mieć te tajemnicze chwile – bez wielkich słów.
Idąc tym tropem, zajrzyjmy do warzywniaka dwie ulice dalej.
Znajdziemy w nim nie byle kogo, bo Julkę i Romka.
Romek właśnie przerzuca się żartami z Julką.
Julka tłumaczy klientce, jak zrobić suflet z figami.
Romek opowiada o dostawie, która miała przyjechać, ale nie przyjechała.
A potem demonstruje jak „zajadał się” truskawkami.
Julka krzyczy z aprobatą z drugiego końca budy, taszcząc worek z cebulą.
Klient, wojskowy, opowiada, że „ze słodyczy to śledzie”.
Wszystko dzieje się jednocześnie.
Trochę jak przedstawienie.
Trochę jak rodzinne spotkanie.
A trochę jak włoski targ, który przez pomyłkę wylądował w małym miasteczku.
Najdziwniejsze jest to, że oni naprawdę sprzedają świetne warzywa.
Świeże.
Starannie wybrane.
Pełne koloru.
Ale po pewnym czasie człowiek zaczyna podejrzewać, że to nie dlatego ludzie tam wracają.
Wracają dlatego, że w środku panuje atmosfera, której nie da się kupić.
Przez chwilę wszystko wydaje się mieć osobowość. Barwy. No, wiecie..
Ludzie mniej zmęczeni.
Świat mniej szary.
Kupujesz pomidory.
Wracasz do domu.
A mimo to masz wrażenie, że wydarzyło się więcej
Pani Teresa. Moja wychowawczyni z podstawówki. Niewysoka. Krępa. Zawsze ubrana trochę inaczej niż wszyscy. Nie ekstrawagancko, ale na tyle po swojemu, że od razu wiadomo, kiedy weszła.
Była, rzadką już wtedy, nauczycielką z powołania. Taką prawdziwą.
W jej klasie ciągle były jakieś rewelacje.
Powstawała gazetka szkolna.
Ktoś rysował komiks do kroniki.
Ktoś pisał opowiadanie science-fiction na konkurs.
Ludzie przygotowywali dekoracje do akademii.
Grupa ochotników organizowała wystawę „żywych obrazów”.
Jeśli ktoś wpadał na pomysł, który w normalnej szkole zostałby uznany za „odleciany”, Pani Teresa zamiast to gasić, tylko dokładała do pieca.
Dzieci ją lubiły.
Rodzice ufali.
Dyrektor trzymał jak skarb.
A jednocześnie potrafiła być stanowcza.
Tylko że nigdy nie dla samego karania.
Interesowało ją raczej, co właściwie wydarzyło się pod spodem.
Dlatego właśnie trafiali do niej uczniowie problemowi, których nikt inny nie chciał.
Rozmawiała z nimi.
Słuchała.
Czasem stawiała granice.
Czasem wymagała więcej.
Ale miało się poczucie, że stoi po tej samej stronie.
Po latach pamięta się ludzi, przy których człowiek miał większą ochotę być sobą, a Pani Teresa była właśnie kimś takim.
No to teraz na koniec - Adela.
Prowadzi wraz z mężem sklep z używanymi meblami rustico gdzieś na obrzeżach Pcimia Dolnego.
Formalnie jest to sklep.
W praktyce coś pomiędzy magazynem, muzeum, salonem i świetlicą.
Przywożą stare meble z Holandii.
Szafy jak z bajki.
Stoły jak z zeszłej epoki.
Skrzynie ze skarbem kapitana piratów.
Fotele zmanierowane jak sam Stanisław Przybyszewski.
Lampy art deco z barwionego szkła lub wyprawionej skóry.
Kanapy ogromne jak życie.
I mnóstwo osobliwych przedmiotów, których przeznaczenia czasem nie potrafi odgadnąć nawet sama Adela.
Między nimi dostojnie przechadzają się dwa koty – Alex i Brahma.
Na piecu paruje czajnik.
Ktoś właśnie przyszedł po krzesło.
Ktoś inny tylko zajrzał na chwilę.
Jeszcze ktoś przyjechał z drugiego końca powiatu po szafę z oryginalnym lustrem, którą zobaczył tydzień wcześniej.
I jakoś tak się dzieje, że wszyscy zostają dłużej.
Adela nie jest artystką.
Przynajmniej sama nigdy by tak o sobie nie powiedziała.
Jest raczej wielką, barwną kobietą o donośnym głosie i sercu jak dzwon.
Potrafi godzinami opowiadać.
O ludziach.
Domach.
Kotach.
Starych meblach.
Podsuwa ciastka.
Dopytuje o dzieci.
Pamięta, kto się przeprowadził.
Kto zachorował.
Komu urodził się wnuk.
I nagle okazuje się, że człowiek przyszedł obejrzeć stół, a siedzi tam już drugą godzinę.
Najdziwniejsze jest jednak coś innego.
To miejsce znajduje się na uboczu.
Nie ma neonów.
Nie ma reklamy.
A jednak ciągle przewijają się przez nie ludzie.
Jakby instynktownie wiedzieli, że znajdą tam coś więcej niż meble.
To właśnie mam na myśli, mówiąc o człowieku z wyobraźnią.
Nie jest on sławnym artystą.
Nie napisano o nim książek.
Nie nakręcono filmów
Nie uzyskał orderów i nagród.
A jednak:
Samą swoją obecnością - dał ci coś ogromnie istotnego.
Zostawił po sobie historie.
Stworzył atmosferę.
I w jakiś sposób zaraził Cię odwagą.
Odwagą opowiadania siebie (która się udziela).
Wyobraźnia przestaje być tutaj (artystycznym) luksusem.
Zaczyna wpływać na rzeczy bardzo konkretne.
Na radość życia, mówiąc najdosadniej.
I może właśnie ten rodzaj wyobraźni wydaje mi się dziś szczególnie potrzebny.
Żyjemy w świecie pełnym ludzi poinformowanych, kompetentnych i technologicznie sprawnych.
A jednocześnie coraz częściej zauważamy, że są wygaszeni.
Choć konsumują ogromne ilości treści, sami rzadko stają się źródłem impulsu.
Coraz mniej słyszy się żywego gadania.
Absurdalnych historii.
Coraz rzadszym towarem jest spontaniczność.
I coraz trudniej o ludzi z iskrą.
A przecież właśnie w tym wszystkim działa druga wyobraźnia.
Nie w samotnym konstruowaniu oderwanej, autorskiej wizji.
A w ożywianiu świata, który już istnieje.
Wystarczy spojrzeć.
Na tym opiera się idea moich warsztatów Laboratorium Wyobraźni.
Nie chodzi w nich o uczenie młodych ludzi tworzenia filmów czy pisania powieści.
Nie chodzi o wychowywanie artystów.
Chodzi o rozwijanie tej drugiej wyobraźni.
Tej, która pomaga być bardziej obecnym.
Bardziej twórczym.
Bardziej odważnym.
Bardziej żywym.
Tej, która sprawia, że po spotkaniu rzeczywistość wydaje się większa niż przed.
Bo wyobraźnia nigdy nie jest wyłącznie narzędziem do tworzenia fikcji.
Jest również sposobem intensywniejszego uczestniczenia we własnym podwórku.
Krzysztof Wirpsza
Równolegle prowadzę też blog o twórczej nauce języka: icontactenglish.blogspot.com
OdpowiedzUsuńNiniejszy artykuł ukazał się też na Linked In: https://www.linkedin.com/pulse/krzysztof-wirpsza-everyman-albo-problem-z-krzysztof-wirpsza-vm7yf/?trackingId=1o%2FSeWoX%2BaN5ivOjhIu9Vw%3D%3D
OdpowiedzUsuń